Zbanowany. Posty: 4.926. RE: Sąsiad ferma drobiu, strata na wartości działki, smród. 1.Ja widzę następujace wyjścia z sytuacji: a) zgodzić się na propozycję sąsiada dotyczącą odkupienia działki. b) wytoczyć powództwo o owy "smród" wzywając go do zaprzestania naruszania pani prawa własnosci przez nazwijmy to "immisje zapachowe
Kazimierza Sprawiedliwego - żalą się na sąsiada. Bo mają z nim duży problem. - Mamy sąsiada meliniarza - opowiadają, że z jego mieszkania wydostaje się smród trudny do zniesienia. - I wychodzi robactwo, które pojawia się na klatce schodowej, ale i w naszych lokalach - mówią. Zwracają uwagę, że sąsiada ciężko zastać na miejscu.
W praktyce nie jest ważna odległość ogrodzenia od działki sąsiada – może ona być liczona nawet w milimetrach, ale żaden element ogrodzenia nie może znaleźć się na granicy działek ani jej przekroczyć! Jeśli mamy wątpliwości co do przebiegu granicy posesji, warto skorzystać z usług geodety.
Jeśli hałas jest elementem stałym w naszym otoczeniu – powstaje np. w wyniku rozpoczęcia głośnej działalności gospodarczej naszego sąsiada, to w takiej sytuacji mamy do czynienia z immisjami. Zgodnie z treścią art. 144 KC, właściciel nieruchomości powinien przy wykonywaniu swego prawa powstrzymywać się od działań, które by zakłócały korzystanie z nieruchomości
539 views, 4 likes, 0 loves, 0 comments, 4 shares, Facebook Watch Videos from Stowarzyszenie Ligota Piękna: Smród bijący z FERMY Wczoraj około godziny
Natalia znała ten smród z krojenia czaszek na zajęciach z anatomii, kolagen. Un aroma que Natalia reconoció de los cortes de cráneos en su laboratorio de anatomía macroscópica: colágeno. Nie tyle temperatura, co wilgoć, robactwo i ten smród z kwiatków.
. Tu są tylko trzy budzące sympatię kury - w hodowli miałoby ich być 250 tysięcy... Fot. Aleksander GąciarzGłogowiany Wrzosy. Mieszkańcy wsi protestują przeciwko budowie kurzej fermy, na której miałoby przebywać ćwierć miliona sztuk drobiu. Obawiają się, że towarzyszący tak gigantycznej hodowli smród nie pozwoli na normalne życie w jej Jurkowska o całej sprawie dowiedziała się telefonicznie. - Dostałam informację, że w Urzędzie Gminy w Książu Wielkim wisi ogłoszenie, mówiące o zamiarze budowy fermy. Nigdzie indziej takiego ogłoszenia nie było. Dopiero po jakimś czasie i po długich poszukiwaniach odnaleźliśmy je też w internecie - nie będzie można otworzyćW urzędzie dowiedziała się, że ferma miałaby się docelowo składać z pięciu kurników. W każdym z nich mogłoby jednorazowo przebywać około 45 tysięcy kurczaków. Ponieważ ferma miałaby powstać na działce położonej kilkadziesiąt metrów od jej domu, postanowiła działać. Wspólnie z jednym z sąsiadów przygotowała protest, pod którym zebrała ponad 30 podpisów mieszkańców, z reguły swoich najbliższych sąsiadów. - Tych podpisów mogłoby być więcej, bo nikt nie odmawiał. Poszliśmy jednak tylko do tych najbardziej zainteresowanych, mieszkających najbliżej - protestu nie kryją, że bardzo obawiają się perspektywy życia w pobliżu kurzej fermy. - Ten pan hoduje sezonowo kilka tysięcy gęsi. Już taka ilość bywa uciążliwa. Zdarza się, że gdy wyjdą na wybieg, a wiatr zawieje od strony jego gospodarstwa, to mocno śmierdzi. Nikt jednak nie protestuje, bo wszyscy zdajemy sobie sprawę, że to jest gospodarstwo rolne, a każdy musi z czegoś żyć. Ale w przypadku planowanej inwestycji przeraża nas jej skala. Przy takiej ilości ptaków okna w promieniu kilku kilometrów nie będzie można otworzyć - bo wcześniej nikt nie protestowałOsobą, która zamierza budować fermę jest Adam Madejski. W rozmowie z reporterem Dziennika Polskiego mówi, że jest zaskoczony protestem sąsiadów. - Starania o budowę dwóch pierwszych kurników podjąłem już jakiś czas temu i nikt wówczas nie protestował. Mam ważne pozwolenie na ich budowę - tłumaczy. Dodaje, że teraz też żaden z sąsiadów nie przyszedł do niego bezpośrednio, by wyrazić swoje zdanie na ten temat. Zapewnia też, że o złożonym proteście nic wcześniej nie wiedział. - Ja z żadnym z sąsiadów nie miałem i nie mam zatargu - protestu z kolei twierdzą, że ich sąsiad z nikim swoich planów nie konsultuje. Nie reaguje też na zgłaszane uwagi. - W przeszłości magazynował na swojej działce osady z oczyszczalni ścieków, które też śmierdziały. Dopiero gdy więcej osób zaczęło mu zwracać uwagę, wywiózł to i przyorał. On ciągle ma jakieś nowe pomysły - wsi hodowla zwierząt to normalna sprawa...W opinii właściciela gospodarstwa obawy sąsiadów o uciążliwość jego fermy są nieuzasadnione. Przypomina, że w Głogowianach wiele osób hoduje bydło i trzodę chlewną, a nikt nie narzeka na związane z tym zapachy. Na wsi jest to bowiem normalna sprawa. Jeszcze nie tak dawna zwyczajna była sytucja, że obok domu znajdował się obornik. Uważa, że jego ferma nie będzie miała większego wpływu na otoczenie, niż inne okoliczne hodowle. Dodaje też, że ferma, która ma powstać, będzie musiała spełnić normy stawiane przez Sanepid i inspekcję weterynaryjną. - Przecież ja tu ciągle mam kontrole - gminy Książ Wielki Marek Szopa powiedział nam, że swoje stanowisko w sprawie fermy uzależnia od tego, jak na pomysł będą się zapatrywały służby sanitarne i ochrony środowiska. - Jako urzędnik muszę postępować zgodnie z przepisami. A to oznacza, że jeżeli właściwe służby ocenią, iż inwestor spełnił wszelkie stawiane przy tego typu inwestycjach warunki, ja nie będę mógł jej zablokować -tłumaczy. Zaznacza przy tym, że sprawa jest o tyle trudna do oceny, iż dotyczy zapachów. A jak na razie nie istnieją żadne normy, które określałyby, od którego momentu należy je uznać za szkodliwe, a jakie są dopuszczalne. Wójt Szopa jednak dodaje, że jako mieszkaniec gminy nie dziwi się protestom. - Nie ma nic gorszego niż kurnik w sąsiedztwie. Przy takiej ilości ptaków zapachy będą odczuwalne w odległości kilku kilometrów. Dlatego gdybym sam tam mieszkał, pewnie też bym protestował - nam powiedział Adam Madejski, wybudowanie pierwszych dwóch kurników, które mają tworzyć fermę, jest realne w ciągu najbliższych dwóch lat. - Na pewno ze swoich zamiarów nie zrezygnuję. Poniosłem już w związku z tym duże koszty na opracowanie dokumentacji, wykonanie uzgodnień itp. - mówi. Nie zaprzecza też, gdy pytamy, czy ma już odbiorcę na wyhodowane przez siebie Głogowian wierzą z kolei, że do powstania fermy nie dojdzie. - Tu jest teren gęsto zabudowany, jest sporo małych dzieci. Zaprotestowaliśmy od razu, żeby ktoś potem nie zarzucił nam, że czegoś zaniedbaliśmy. Liczymy, że ktoś weźmie nasze zdanie pod uwagę - mają nadzieję.
Była Wigilia 1994 roku. Czterej mieszkańcy wsi Zawadowice zasiedli do świątecznej wieczerzy w swoich domach. Potem, gdy żony poszły na pasterkę, postanowili zorganizować sobie alternatywne, mocno zakrapiane do Antoniego W. przyszedł Andrzej Z. Potem dołączył do nich Marian K. Połamali się opłatkiem, a na stole, obok śledzi, pojawiło się coś mocniejszego. W miarę wznoszenia kolejnych toastów atmosfera stawała się coraz bardziej nieprzyjemna. Wreszcie wybuchła karczemna awantura. Goście zaczęli się szamotać. Przewrócili się. Wtedy - jak wynika z akt sprawy - Antoni W. sięgnął po stojącą obok pieca siekierkę i zadał Andrzejowi Z. dwa ciosy obuchem. Celował w głowę. Mężczyzna "koledzy" siedli przystole, by wypić kilka głębszych. Zastanawiali się, co zrobić. Żaden nie zaproponował, żeby wezwać pogotowie ratunkowe, czy policję. Zamiast tego biesiadnicy zdecydowali o przeniesieniu zwłok do komórki na węgiel, żeby nie leżały "na widoku". Potem wrócili, by dopić alkohol. Przy kolejnych butelkach spędzili wiele godzin debatując przy tym, co robić ze zwłokami. W komórce zostać nie mogły, bo ktoś mógł je znaleźć. Dopiero późnym wieczorem w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia postanowili przenieść je do kurnika Mariana K. Tam miał nikt nie najpierw rodzina, a potem także policja zaczęli szukać Antoniego W., mężczyźni przyznali, że pili z zaginionym, ale potem wyszedł odnich i słuch po nim zaginął. Nikt nie podejrzewał, że nie mówią prawdy. Wszystkim wydawało się, że Antoni W. był ich dobrym znajomym. Osobą, której nie chcieliby kolejne miesiące. Marian K. zaczął naciskać, żeby zabrać rozkładające się już zwłoki z jego kurnika. Bał się, że smród rozkładającego się ciała wzbudzi zainteresowanie sąsiadów. Późną wiosną przenieśli zwłoki na pole sąsiada. Ukryli je w zagłębieniu terenu i zasypali ziemią. Zbrodnia wydała się jesienią, kiedy zwierzęta rozkopały prowizoryczną mogiłę i rozniosły kości Antoniego W. po okolicznych podwórkach. Pozostałe fragmenty ciała znalazł sąsiad, spacerujący po swoim polu. Mimo daleko posuniętego rozkładu, nikt nie miał wątpliwości, że to zwłoki Antoniego W. Rozpoznano je po ubraniu i opatrunku gipsowym na lutego 1995 roku Sąd Wojewódzki w Lublinie skazał Antoniego W. na piętnaście lat pozbawienia wolności. Mariana K., za pomoc w ukrywaniu zbrodni, skazano na 5 lat więzienia. Na dwa lata więzienia w zawieszeniu na trzy lata sąd skazał żonę Mariana K., Bogumiłę K.
Prowadzenie inwestycji w Polsce to nierzadko ekstremalny bieg z przeszkodami. Od zakupu działki do rozpoczęcia budowy mija często nawet kilka lat. Procedury trzeba uprościć tak, by budowało się szybciej. Rząd chce wprowadzić przepisy, które ułatwią życie inwestorom budującym uciążliwe obiekty – np. fermy norek czy kur, chlewnie, spalarnie. By prowadzić tego typu inwestycje, konieczna jest decyzja środowiskowa. Ustawodawca planuje nowe zasady jej wydawania. Wprowadzi je nowela ustawy o udostępnianiu informacji o środowisku i jego ochronie, udziale społeczeństwa w ochronie środowiska oraz o ocenach oddziaływania na środowisko. Zmieniona ma być definicja stron postępowania. Będą mogli w nim uczestniczyć właściciele i użytkownicy nieruchomości oddalonych od inwestycji maksymalnie o 100 metrów. Ale, jak alarmują ekolodzy i rzecznik praw obywatelskich (RPO), to nie 100 metrów liczone od granicy działki, ale od terenu, na którym wyrośnie np. ferma. Organizacje ekologiczne podkreślają, że inwestor kupi po prostu kilka metrów ziemi więcej, by mieć z głowy sąsiada, który chciałby zablokować inwestycję. Budując 102 metry od domów, nie sprzeniewierzy się przepisom o obszarze oddziaływania na środowisko. Zdaniem RPO ustawa środowiskowa zagraża mieszkańcom, bo pozbawia ich prawa głosu, nawet jeśli tuż za ich płotem mają stanąć fermy, składowiska odpadów i złomu, maszty telefonii komórkowej, blacharnie czy garbarnie. Resort środowiska zapewnia tymczasem, że mieszkańcy nie mają się czego bać. Na zmianach nie tylko nie stracą, ale nawet zyskają. Dziś obszar oddziaływania obejmuje tylko przylegające do inwestycji działki. Po zmianach pod uwagę będą też brane np. dalej położone nieruchomości, także te po drugiej stronie ulicy. Ustawa daje jednak przewagę inwestorom. Ekolodzy mówią wprost: jest pisana pod ich dyktando. Nie ma takich niedopowiedzeń czy luk w prawie, których sprytny przedsiębiorca by nie wykorzystał. Wiele lat temu w „Rzeczpospolitej" pisaliśmy o masarni, która wyrosła przed oknami domów w malowniczej wsi na Mazowszu. Mieszkańcy zyskali nowych sąsiadów – szczury. Smród oblepia też domy stojące niedaleko kurzych ferm. Ustawą zajmuje się teraz Senat. Czy wygra zdrowy rozsądek?
Mieszkańcy Krzyża nie chcą, aby koło ich domów znów działała ferma. Domagają się rozbiórki kurnika Paweł ChwałLudzie zakupili działki, bo byli pewni, że ferma jest nieczynna. Nowy właściciel wznawia chów kur. Mieszkańcy boją się smrodu i problemów ze zdrowiem. Twierdzą, że to miasto ich Alicja przez 10 lat odkładała pieniądze na własny dom. Kupiła niewielką działkę w wymarzonym - jak jej się wydawało miejscu, uzyskała wszystkie niezbędne pozwolenia i zaczęła już zwozić na nią materiał. Marzenia o domu...Z budową miała ruszyć dwa tygodnie temu. Ekipa była już zamówiona, a ona pełna optymizmu i wiary w to, że wreszcie zrealizuje swoje marzenie. Projekt przyszłego domu wybrali wspólnie - całą rodziną. Marzenia o własnym domu prysły w jednej chwili jak bańka mydlana, kiedy okazało się, że stojącą niespełna 100 m od jej posesji halę odkupił nowy właściciel i przystępuje do odtworzenia w niej fermy Kiedy starałam się o pozwolenia na budowę w mieście przedstawili mi mapy, na których jednoznacznie napisane było, że ferma jest nieczynna. Gdybym wiedziała, że ktoś kiedyś znowu będzie chciał tutaj chować kury to w życiu nie kupiłabym po sąsiedzku działki - twierdzi załamana kobieta. W podobnej sytuacji jest wiele innych osób, które - tak jak ona, kupiły lub przejęły po rodzicach działki w rejonie ulic: Kalinowej i Wiśniowej w Krzyżu. - Pamiętam, jak byłem dzieckiem, gdy tata próbował coś uprawiać na tej działce. Nie dało się. W obszarze kilku metrów od fermy wszystko było wypalone przez opary wydobywające się ze środka, a smród kurzych odchodów rozchodził się po całej okolicy - twierdzi Sylwester Witkiewicz, którego posesja bezpośrednio sąsiaduje z halą. Też myślał, by budować się tu w przyszłości, bo miejsce jest urocze, ale w sytuacji, kiedy ferma znowu będzie działać, to irracjonalne. Prawo nie zabraniaLudzie, którzy mieszkają w okolicy przekonują, że ferma co najmniej od kilku lat była nieczynna. Byli pewni, że wkrótce zostanie rozebrana, bo budynek jest w fatalnym stanie. W nowym planie zagospodarowania przestrzennego dla tej części Tarnowa, który najprawdopodobniej w czerwcu zostanie przyjęty przez radnych, ta część Krzyża przeznaczona jest pod budowę domków jednorodzinnych i tereny rekreacyjne. - Miasto, z jednej strony zachęca ludzi do kupowania tutaj działek i osiedlania się, a z drugiej funduje im środku osiedla fermę kurzą, wydając zgodę na jej ponowne uruchomienie. To niezrozumiała sytuacja - dziwi się Grażyna Barwacz, radna miejska z Krzyża. Do Rady Miejskiej i prezydenta Tarnowa trafił już protest mieszkańców dzielnicy przeciw fermie. Podpisało się pod nim 126 osób. - Czy dla dobra jednego przedsiębiorcy warto poświęcać dobro ogółu? - pytają podpisani w nim ludzie. W Wydziale Ochrony Środowiska magistratu tłumaczą, że nie mogli nic zrobić, aby zablokować inwestycję. Hodowla kur metodą ściółkową w liczbie poniżej 10 tysięcy sztuk nie wymaga bowiem żadnych decyzji WOŚ, w tym decyzji o środowiskowych uwarunkowaniach realizacji przedsięwzięcia. Do Wydziału Planowania Przestrzennego i Budownictwa nikt wprawdzie o zgodę na ponowne zapełnienie się hali kurami nie występował, ale - jak mówią urzędnicy - zgodnie z ustawą, taka zgoda nie była wymagana. Nowy właściciel fermy dziwi się protestom mieszkańców. - Chów kur odbywa się tutaj od dobrych 40 lat. Budynek nie jest mały i każdy, kto kupił po sąsiedzku działkę nie może tłumaczyć się tym, że nie wiedział o jej istnieniu - twierdzi Mariusz Malec. Uspokaja sąsiadów, że zamontuje nowe okna w budynku i specjalne wywietrzniki, które mają ograniczyć uciążliwości zapachowe związane z prowadzoną działalnością. - Hodowla kur wiąże się z niedogodnościami. Smrodu całkowicie nie da się wyeliminować - przyznaje Beata Rząsa-Janas z powiatowego inspektoratu weterynarii w Tarnowie. Przyznaje, że przez ostatnich kilka lat służby weterynaryjne fermy nie kontrolowały, gdyż ta przechodziła zmiany właścicielskie. W ten sposób odpowiada na słowa mieszkańców, którzy twierdzą, że ferma od kilku lat była zamknięta i jej obecny rozruch to tak naprawdę uruchamianie jej na nowo, co kłóci się z założeniami planu zagospodarowania przestrzennego. - Nie jestem w stanie stwierdzić, czy była ona nieczynna czy tylko jej działalność była mocno ograniczona. Każdy, kto jest ubezpieczony w KRUS może mieć koło domu do 250 kur i nie musie tego zgłaszać służbom weterynaryjnym - mówi.
Chełm Gmina Sawin 90 osób podpisało się pod protestem przeciwko budowie biogazowni w Sawinie. Prywatny inwestor, któremu chcą pokrzyżować plany, ma w tej okolicy fermę indyków i buduje oborę dla byków. Jak mówią okoliczni mieszkańcy, już teraz fetor z kurnika rujnuje im życie. 23:18 (aktualizacja 23:30) Konsultacje społeczne w sprawie budowy biogazowni odbyły się 23 sierpnia. Spotkanie było burzliwe, a większość mieszkańców wypowiedziała się negatywnie o planowanej inwestycji. Biogazownię chce wybudować miejscowy rolnik. - Byłam na tym spotkaniu i słyszałam, że ludzie boją się i nie chcą biogazowni, ponieważ już mają w pobliżu fermę indyków, buduje się obora dla byków, która też wiąże się z odorem - mówi radna Maria Kubiak- Skórzewska. Złożyła na piśmie wniosek, by wójt gminy Sawin powołał biegłego sądowego w celu ustalenia stopnia uciążliwości zapachowych planowanej inwestycji, z uwzględnieniem istniejącej hodowli indyków. Na sesji odczytano również pismo od mieszkańców Sawina. Wpłynęło do urzędu 17 września. Autorzy pisma zwrócili się do gminy o pomoc w sprawie uciążliwej dla nich fermy indyków, zlokalizowanej w rejonie ulic Polnej i Podgrabowej. Jak napisali, ferma jest blisko budynków mieszkalnych i powoduje "zagrożenie dla zdrowia ludzi. Smród uniemożliwia nam przebywanie na powietrzu, albo wietrzenie mieszkania...od smrodu boli głowa, piecze w gardle, występują torsje". Właściciel fermy buduje też oborę dla byków i chce postawić biogazownię, Zdaniem mieszkańców, będzie to dla nich jeszcze bardziej uciążliwe. Jak mówią, cierpią już od lat. Autorzy protestu podkreślają, że nie są przeciwni temu, żeby ich sąsiad realizował nowe inwestycje. Nie chcą tylko, żeby powstawały w pobliżu ich domów.
smród z kurnika sąsiada